Skrzydłowy MKS-u o swoich pasjach

2015-08-12

Gdyby jego życie potoczyło się inaczej najpewniej zgodnie z rodzinną tradycją zostałbym górnikiem. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Przemysławem Szymańskim, skrzydłowym MKS-u Dąbrowa Górnicza. Wywiad przeprowadził Damian Juszczyk.

Fot: Adrianna Antas/ MKS Dąbrowa Górnicza

Skąd wziął się pseudonim „Glizda”?

Jest wiele teorii. (uśmiech) Ale zawsze byłem chudy i długi. Dlatego koledzy na podwórku nazwali mnie „Glizdą”, tak się przyjęło i przetrwało do dziś.

Gdyby nie koszykówka, miałeś zostać… górnikiem! Nie są to zbliżone dziedziny. Co sprawiło, że postawiłeś jednak na koszykówkę i skąd zamiłowanie do górnictwa?

Nie zostałbym górnikiem z miłości. Pochodzę z Pawłowic Śląskich, jest tam kopalnia Pniówek. Jeśli nie udałoby mi się grać na takim poziomie, który „pozwala żyć” to wylądowałbym pod ziemią, jak wielu moich kolegów z rodzinnych stron. A poza tym jakieś tradycje górnicze w rodzinie mam. Tata przerobił na „grubie” ćwierć wieku, a brat fedruje od pięciu lat.

Częściowo udało się to połączyć – w końcu grasz w MKS-ie Dąbrowa… Górnicza.

Można tak powiedzieć. Ale robię na powierzchni! (śmiech)

Koszykarz i motocyklista – to kolejne niespotykane zestawienie. W trakcie sezonu chyba nie wolno ci wsiadać na motor?

Jest u mnie parę takich nietypowych połączeń. Uwielbiam choppery. Zawsze marzyłem o dwóch kółkach. A marzenia są po to, żeby je spełniać, więc zrobiłem prawo jazdy i kupiłem motocykl. W klubie włodarze nie pozwalają na relaks w trakcie sezonu. (uśmiech) Ale to najlepszy sposób na pozbycie się złych myśli. Zakładasz kask, słyszysz piękną muzykę z tłumików, no i ten wiatr we włosach… (śmiech) Każdemu polecam.

Poza sezonem jeździsz bezpiecznie i unikasz mandatów?

Mam maszynę do spokojnej i relaksacyjnej jazdy. Motocyklem jeżdżę dużo wolniej niż samochodem. I oczywiście jak każdy unikam mandatów, stosując się do przepisów. (uśmiech)

Narzeczona też popiera twoją pasję? Jesteś zaręczony z… koszykarką, Pauliną Antczak. Trudno utrzymać taki koszykarski związek? Bo wspólnych zainteresowań na pewno nie brakuje…

Dokładnie – Paulina dzieli ze mną miłość do koszykówki. Czasem w naszym życiu tej koszykówki jest aż za dużo. Poza tym Paulina wie o co chodzi, nie muszę jej tłumaczyć zasad gry. (uśmiech) A utrzymać ten związek jest tak samo trudno, jak każdy inny. Po prostu dbamy o siebie nawzajem.

Z narzeczoną przyjeżdżacie oglądać się w akcji czy jednak obowiązki sportowe nie pozwalają na wzajemne kibicowanie?

Jeśli czas pozwala i mecze się nie pokrywają, kibicujemy sobie na trybunach. Jednak często spotkania rozgrywamy w tym samym czasie, więc wspieramy się duchowo.

A twoja „fryzura” to też ze względu na narzeczoną? „Uczesanie” z wyboru czy z musu?

Uczesanie jak na razie jeszcze z wyboru. (uśmiech) Mam nadzieję, że jak już mi się znudzi to będę mógł jeszcze zmienić. (śmiech) Poza tym to wygoda.

Do tego opaska, zarost i całość zwraca uwagę. O to właśnie chodzi? O kształtowanie swojego charakterystycznego wizerunku na parkiecie?

Często jak grałem z kolegą w NBA 98, tworzyliśmy swoje postaci. Moja postać właśnie tak wyglądała: łysy z brodą, opaska i długie skarpety. Może miała troszkę więcej tatuaży, ale nad tym pewnie jeszcze popracuję. Taki wizerunek wymyśliłem, teraz tak naprawdę bez opaski nie potrafię grać, bo pot zalewa mi oczy i generalnie nic nie widzę.

Nietypowy jest nie tylko twój image, ale czasem też emocjonalne reakcje po efektownych wsadach i udanych zagraniach. Kibice to lubią…

Mam nadzieję, że to lubią. Uwielbiam po dobrych zagraniach – zarówno kolegów, jak i własnych – żywo reagować. To pozwala mi się „nakręcić”, no i powoduje, że na parkiecie czuję się wyluzowany. Czasem gdy schodzę z boiska to przypomina mi się jakaś spontaniczna reakcja. Wtedy trochę mi głupio, że stary gość, a odstawił takie „zagranie”, ale na parkiecie to czysty spontan i nastrój chwili. (uśmiech)

Na koniec jeszcze jeden nietypowy wątek. Podobno kiedyś rozegrałeś mecz z kartą do drzwi hotelowych w bucie. Jak to się stało? Naprawdę nic nie czułeś podczas gry?

Miało to miejsce w Portugalii, na Uniwersyteckich Mistrzostwach Europy. Wyjeżdżając z hotelu ubrany w strój, buty miałem przewieszone przez ramię. Zamknąłem drzwi i kartę wrzuciłem do buta. W szatni zapomniałem o niej, skupiony już na meczu ubrałem buty i poszedłem się rozgrzewać. W trakcie spotkania poczułem, że mam coś w bucie – pomyślałem, iż to wkładka mi się odkleiła. Po meczu okazało się, że była to karta do drzwi hotelowych. (uśmiech)

Informację nadesłał Damian Juszczyk.

 

Autor: Martyna

FacebookTwitterWykopGoogle+

Comments are closed.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress